Alez Wy piszecie,myslalam,ze nie skoncze czytac.
Roxie fajnie,ze sie wygadalas i ze Ci ulzylo.Przykro mi,ze musialas przez to wszystko przechodzic,takie rzeczy nie powinny sie wogole wydarzyc.Dziecinstwo to czas,kiedy kazdy powinien przezywac najpiekniejsze i najbardziej beztroskie lata.Niestety czesto tak nie jest.Masakra,przez co przeszlas.Ktos kiedys powiedzial mi,ze cierpienie uszlachetnia,byc moze gdybys nie przezyla tego wszystkiego nie bylabys teraz w tym miejscu,w ktorym sie znajdujesz.Nie osiagnelabys tego wszystkiego.Ludzie czesto nie doceniaja tego co maja.
Kazda z nas ma swoja historie,mniej lub bardziej tragiczna, i laczy to ,ze stracilysmy ciaze,jedna,dwie ,trzy itd. I to ,ze walczymy nadal.Ja nie bylam przesladowana,nie bylam opluwana.Moi rodzice sie kochali,i choc tata popijal to nigdy nie podniosl na nas reki.Mama tylko wiecznie wypatrywala za nim oczy,jak gdzies pojechal,bala sie ,ze wroci pijany.Dobrze sie uczylam,bylam zwykla,przecietna nastolatka.Jako jedyna z naszej czworki poszlam do liceum,tata pracowal,ale z groszem zawsze bylo ciezko.Mieszkamy na wsi,rodzice obrabiali ziemie,swoimi wlasnymi rekoma wybudowali duzy dom,aby zylo sie nam lepiej. Jak kazda dziewczyna marzylam o studiach,ale nie bylo nas na to stac.Po zdanej maturze poszlam do studium policealnego.Chcialam zaczac pracowac i zaczac odkladac pieniadze na studia.Ale to nie bylo latwe.Jak tylko skonczylam dwuletnia szkole to nadarzyla sie okazja wyjazdu za granice.I tam spedzilam 10 lat.W miedzyczasie przyjezdzalam conajmniej dwa razy do domu w ciagu roku.Nie chcialam tam byc,ale cieszylam sie,kiedy moglam pomoc rodzicom materialnie.
W 2005 r. moja mama zachorowala na raka piersi,swiat mi sie zawalil.Okres ten pamietam jak przez mgle,zjechalam do Polski,zajelam sie mama,jezdzilam z Nia po lekarzach,towarzyszylam,jak przyjmowala chemie.Bylo naprawde zle,nigdy nie zapomne jak mylam mamie wlosy i zobaczylam jak zaczynaj jej wychodzic garsciami,serce popekalo mi na tysiac kawalkow.Jakims cudem mama dala rade.Przed uplywem pol roku musialam wracac do Islandii,inaczej stracilabym zielona karte i pozwolenie na prace.To byla jedna z trudniejszych decyzji w moim zyciu.Ale posluchalam mojej mamy,ktora mowila,jedz,musisz pracowac na siebie,co by sie nie dzialo,wy musicie zyc dalej.Z dusza na ramieniu wyjechalam.Wtedy tez poznalam mojego meza.Po dwoch latach nastapil nawrot choroby,wtedy juz nie dalo sie nic zrobic,mama nie przyznala sie wczesniej,ze cos jej znowu dolega,choc dobrze wiedziala,w ciagu pol roku od ostatniego badania nastapil taki rzut choroby,ze wiele narzadow zostalo zaatakowane.Wrocilam do Polski.Obserwowalam jak z dnia na dzien moja mama gasnie,moja mama,moja najlepsza przyjaciolka,powierniczka,kobieta o tak wielkim sercu,ze swoja dobrocia moglaby obdarowac caly swiat.Zmarla na moich rekach.
Nie pamietam,jak my przezylismy tamten czas,po prostu nie pamietam,jedna wielka czarna dziura.
Tata strasznie sie zalamal,zaczal pic,nie widzial sensu w zyciu.Wiem,ze bardzo kochal mame.
Dwa miesiace wczesniej moj maz zostal deportowany do swojego kraju.Myslalam,ze tego nie przezyje.Kiedy sie rozstawalismy objecalam mu,ze chocbym miala isc za nim do piekla to zrobie to bez zastanowienia,ze pojade po niego nawet do tego piekla ,skad pochodzil.
W 2007 roku w maju,niecale 4 miesiace po smierci mamy pojechalam do Pakistanu,maz jest z Afganistanu,ale nie zgodzil sie,abym tam przyjechala.Wzielismy slub w Konsulacie Afganskim.Maz mimo to mial duzy problem z otrzymaniem wizy do Polski.Przyjechal rowno rok pozniej.
Z tata bylo coraz gorzej,popadl w depresje.Nie chcial sie leczyc,nie chcial naszej pomocy.Wtedy podjal pierwsza probe samobojcza.Znalazl go moj wujek,na szczescie go uratowalismy.Myslalam,ze zrozumie,co nam chcial zrobic,jak go prosilismy,blagalismy aby nas nie opuszczal,ze teraz mamy tylko jego.Niestety,targnal sie na swoje zycie po raz kolejny.Bylam w pracy,w domu byl brat i maz.Tata sie powiesil.Ja wyladowalam w szpitalu,chcialam wtedy umrzec.Chcialam dolaczyc do nich.Dostalam silne srodki uspokajajace po ktorych dostalam drgawek.Nie bylo ze mna dobrze.Nie wiem skad wzielismy sily,aby przezyc i to.Gdyby nie maz ,nie wiem jak dalabym rade?
6 tygodni po smierci taty okazalo sie ,ze jestem w ciazy.Pomyslalam,ze Bog zabral mi i tate,ale chce mi ofiarowac dziecko.Cieszylismy sie ogromnie,snulismy plany.W 7tc zaczelam krwawic.Przy przyjeciu do szpitala lekarz powiedzial,ze nie ma akcji serca.Dalszy ciag jest Wam mniej lub bardziej znany.Lyzeczkowanie,leczenie bromergonem,po 5 miesiacach kolejna ciaza,znowu krwawienie,szpital.Bylam pewna,ze poronilam,nawet nie slyszalam przez placz,jak lekarka powiedziala ,ze wszystko jest ok,ze serduszko bije.Na podtrzymaniu najpierw do 28 tc,potem 2 tyg.przerwy,i kolejne tabsy do 34-opuszczanie sie lozyska.Porod ciezki,zakonczony cc z powodu spadajacego tetna u mlodego.W kwietniu rok temu kolejne poronienie,szpital,tabletki,po ktorych dostalam krwotoku,zemdlalam raz,potem drugi,przy ktorym zlamalam sobie nos i o malo nie wybilam zebow,wszystko zakonczone znowu lyzeczkowaniem .Badania itd.Zycie i mnie nie rozpieszczalo,kazda z nas dzwiga swoj krzyz.
Podzielilam sie i ja swoja historia.
Nie jest latwo,ale sie nie poddaje.Mam 40 lat i bede walczyc ,jak to Roxie powiedzialas,az do menopauzy.
Przepraszam za tak dlugi post.
Dobranoc