Moja historia zaczyna się rok po ślubie kiedy zdecydowaliśmy się starać. Od początku miałam złe przeczucia. Ta kobieca intuicja ...
Dość szybko trafiłam ma BB podczytując z ukrycia bo przecież zaraz zajdę to po co mi konto. Niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która nigdy tak nie pomyślała.
Od 18 roku życia żarłam antykoncepcję, ale o dziwo owulacje wróciły natychmiast. Na początku chodziłam do Luxmedu ściemniając i kręcąc na każdej wizycie żeby tylko się załapać na darmowy monitoring. USG zawsze wychodziło w porządku pękające pęcherzyki, piękne endo, śluz złoto. Wydawałoby się, że idealne warunki, a ciąży dalej nie było. W końcu zrezygnowałam z pseudo monitoringów w Luxmedzie znajdując lekarkę zajmująca się leczeniem niepłodności. Na początku nie spodobały się jej moje krótkie 24 dniowe cykle. Od razu też zrobiła drożność pianką. Standardowo dostałam duphaston. Jedynym plusem jest to, że dostałam go po potwiedzonej owulacji, a nie w ciemno. Zaczęłam też szersza diagnostykę. Tarczyca - w normie mimo 3 osób w rodzinie chorujących na hashimoto. PCOS - wykluczone, krzywe cukrowo-insulinowe wyszły całkiem nieźle chociaż zdecydowałam się ograniczyć węgle i przejść na dietę z niskim indeksem glikemicznym. W końcu wyszła prolaktyna wyjebana w komos. Dostałam Norprolac po którym co rano budziłam się z okropnym rzygiem. I tak bujałam się z duphastonem i Norprolac przez ponad pół roku aż w końcu zbiłam tą nieszczesna prolaktynę do widełek. Przyszła pora na badanie nasienia i hormony męża. Wyniki dobre o dziwo mimo iż w niedalekim czasie 2 razy przechodziliśmy grypę. Mąż miał tylko kiepskie próby wątrobowe prawdopodobnie załatwił się gripexem. Międzyczasie oczywiście tona supli. Co dziewczyny napisały na forum to oczywiscie kupowałam i żarłam. Wtedy już miałam konto na forum. Ja coraz bardziej wkurwiona, że przecież wszystko wychodzi dobrze dlaczego kurva nie zachodzimy. Chciałam żeby coś w końcu znaleźli!
No to znaleźli...
Dostałam skierowanie do szpitala na badania 3w1 histeroskopia,laparoskopia, HSG.
Ile nerwów mnie kosztowały mnie próby wkręcenia do Kopernika... W końcu udało mi się w innym krakowskim szpitalu. Termin za 3 miesiące. Ja szczęśliwa w szoku, że się udało. Lekarka zaproponowała 3 miesięczną stymulację. Zdecydowałam się napalona, że na pewno się uda. No i chuuj nie udało się. Kolejny stres bo pierwsza stymulacja wydłużyła cykl do 30 dni, a przecież ja mam termin do szpitala... Oczywiście po przebojach udało się byłam po zabiegu. Przyszła na szybko do mnie lekarka wykonująca zabieg, że usunęła zmiany endometriozy z jelit i otrzewnej, ale na cito do specjalisty od endo. Kolejny szok jaka endometrioza co to za kolejne dziadostwo. Ja z wyciem wyrzuciłam fizjoterapeutę, który miał mnie pionizować leżałam i wyłam... Dość szybko musiała się informacja roznieść bo przyszła kolejny raz lekarka tym razem z ordynatorem. Oboje byli w szoku bo myśleli, że wiem o diagnozie. Odesłali do Janowca... Tymczasem ja nie potrafiłam się pozbierać. Kilka dni pławiłam się w płaczu plując sobie w brodę no przecież kretynko sama chciałaś żeby coś znaleźli to masz. Nie był znany też stan jajowodów bo ognisk było sporo. I mimo bycia po miesiaczce krwi w jajowodach bylo duzo. Ordynator zaproponował powtórne HSG. Miałam załatwić tylko skierowanie. W końcu jakoś się pozbierałam znalazłam specjalistów od endo, zapisałam się na grupy fb, nawet udało mi się dostać termin do SU. Odbyłam z mężem poważna rozmowę o iui, IV, nawet rozważając brak dzieci i życie we dwójkę. Chociaż było mu potwornie przykro mąż wykazał się mega wsparciem i stwierdził, że nic to między nami nie zmienia. Zdecydowaliśmy się zapisać do poradni licząc na darmowe iui. Powtórzyłam w sierpniu HSG-ogromna ulga jajowody drożne. Zawzięłam się w sierpniu dieta przeciwzapalna, suple typowo pod endometriozę, ćwiczenia na piłce i rozluźnianie miednicy. Nie, nie było cudownego odpuszczenia. Seks typowo pod płodne, mąż miał ciężki czas nawet przysypiał w trakcie. 9 dpo zrobiłam test totalnie nieprzekonana bo czemu miałoby się udać skoro się nie udawało tyle czasu.
Nie było nic na tym cholernym teście więc odpaliłam kompa i wzięłam się za robotę... Idąc wywalić test zauważyłam majaczącą kreskę.. W szoku zrobiłam kolejny test i kolejny, ale tą historię już znacie.
Z godziny na godzinę kreska byla coraz mocniejsza coraz bardziej rożowa. Popołudniu beta całkiem niezła, potem przyrost.
Jeszcze nie wiem jak skończy się nasza historia, ale afirmuje pozytywne zakończenie! Nie może być inaczej
Udało się... chwile przed 2 rocznicą starań. Nie było łatwo, tak jak pisała Zazuu było mnóstwo upadków i mnóstwo nadziei. Ale nie poddawajcie się dziewczyny. W końcu te puzzle wskoczą na odpowiednie miejsca. Nie odpuszczajcie, zróbcie krok w tył, przerwę, ale miejcie nadzieję, że i na Was czeka cud macierzyństwa.