Już po

stawiłam się w środku nocy na izbie przyjęć, bo miałam coraz mocniejsze skurcze i plamienia. W szpitalu lekarz powiedział, że to nie są skurcze porodowe i po porodówce wysłali mnie na patologię ciąży.. dzisiaj z samego rana znowu na porodówkę bo skurcze się nasiliły. Lekarz stwierdził, że będzie jednak konieczne wywołanie. Przebili mi od razu wody płodowe koło 8mej. I co się okazało, wszystko zielone jak bagno. Znowu wybrałam lepszy szpital, ale tyle kobiet było akurat na porodówce bo szpital dość chodliwy, że wszystko działo się na wariackich papierach..
Pierwsza godzina bez zmian, położne podłączyły oksy. Skurcze się nasiliły, już pomału robiło się ciężko. Ale rozwarcia dalej 2cm, więc lipa. Kręciły te kroplówki, czopki na rozwarcie, zastrzyki i dalej bez zmian.. Ból był nie do wytrzymania trzeba przyznać, ale położne ciągle twierdziły że to „słabe skurcze” i na pewno nie porodowe..


Wiłam sie tak w bólach do godziny 13 i już nie mogłam wytrzymać. Podali mi gaz, ale to niewiele dało. Lekarka stwierdziła, że przez zielone wody i słaby zapis ktg niestety jestem skazana na Cc

Czyli generalnie skończyło się tak, jak podejrzewałam od samego początku.. Sama cesarka nie trwała długo, może z pół godziny.. anestezjolog próbował wbić się w plecy, kiedy akurat miałam skurcz porodowy i jeszcze mnie za to zrypal

najwyraźniej nie jestem stworzona do rodzenia naturalnie.. Jak puściło znieczulenie to już robiło się dosyć ciężko, ale po tym co spotkało mnie na porodówce to już mnie nie ruszało.. Później pionizacja, też nic przyjemnego ale do przeżycia..
Wykończona, w końcu koło 13:50 zobaczyłam moją córeczkę Marceline, zdrowa baba 3400 g



Jedyne co mnie zdziwiło, to to, że ledwo stałam i nadal stoję na nogach a położne są zdania, że powinnam zajmować się dzieckiem od początku, co jednak mnie mocno zdziwiło, bo po cesarce ledwo mogłam głowę podnieść.. No ale cóż, chyba każdy szpital ma inne reguły