reklama
Forum BabyBoom

Dzień dobry...

Starasz się o maleństwo, wiesz, że zostaniecie rodzicami a może masz już dziecko? Poszukujesz informacji, chcesz się podzielić swoim doświadczeniem? Dołącz do naszej społeczności. Rejestracja jest bezpieczna, darmowa i szybka. A wsparcie i wdzięczność, które otrzymasz - nieocenione. Podoba Ci się? Wskakuj na pokład! Zamiast być gościem korzystaj z wszystkich możliwości. A jeśli masz pytania - pisz śmiało.

Ania Ślusarczyk (aniaslu)

  • Każda z nas wita styczeń z nadzieją i oczekiwaniem. Myślimy o tym, co możemy osiągnąć, co chcemy zmienić, kogo kochamy i za kogo jesteśmy wdzięczne. Ale niektóre z nas mają tylko jedno pragnienie – przetrwać, by nadal być przy swoich bliskich, by nadal być mamą, partnerką, przyjaciółką. Taką osobą jest Iwona. Iwona codziennie walczy o swoje życie. Każda chwila ma dla niej ogromne znaczenie, bo wie, że jej dzieci patrzą na nią z nadzieją, że mama zostanie z nimi. Każda złotówka, każde udostępnienie, każdy gest wsparcia przybliża ją do zwycięstwa. Wejdź na stronę zbiórki, przekaż darowiznę, podziel się informacją. Niech ten Nowy Rok przyniesie szansę na życie. Razem możemy więcej. Razem możemy pomóc. Zrób, co możesz.
reklama

Odpowiedz w temacie

Imię: Nina

Wiek: ur 1985

Mój Aniołek:  Amelka 33tc {*}

Miejsce zamieszkania:Skarżysko

Praca: Doradca klienta

Mąż: Hubert


Z Hubertem jesteśmy parą od ponad 10lat. Od 19.09.2009roku jesteśmy małżeństwem. Kocham tego mojego wariata i teraz ta miłość trzyma mnie przy życiu... Od kiedy pamiętam o wszystko musiałam walczyć... i mimo walki i łez walczyłam dzielnie... dzięki temu dzisiaj mam piękne mieszkanie, wspaniałego męża, dobra pracę...i Aniołka... Nigdy nie myślałam, że o sprawę tak oczywistą jak macierzyństwo będę musiała toczyć największy bój... W marcu 2009r odstawiłam pigułki i przestaliśmy uważać... oboje chcieliśmy dzidziusia, byliśmy gotowi: razem mieszkamy od 2007r, oboje pracujemy, a ślub zawsze można przyśpieszyć... I tak nasze starania trwały do czerwca 2010. Wiecie przez co przechodzi kobieta, która co miesiąc ma nadzieję, że @ nie przyjdzie, że tym razem wszystkie objawy są prawdziwe, że się udało... Przeszłam przez monitoringi, badania hormonów dwa razy w miesiącu, drożność jajowodów... w maju 2010r trafiłam do poradni leczenia niepłodności, tam usłyszałam, że z takim progesteronem to ja w ciążę nie zajdę...jak bardzo lekarz się mylił okazało się 23.06.2010- najpiękniejszy prezent na Dzień Ojca... W środę zrobiłam test, w niedzielę plamiłam, od poniedziałku byłam już na L4. Plamienia powtarzały się 3 razy zawsze w weekend, na szczęście maluszkowi nic nie było... Kruszynka była mniejsza o około tydz w porównaniu do OM. Od 7 do ok 18tc wymiotowałam po kilkanaście razy dziennie, od 18 do 22tc wymiotowałam zawsze rano... W 22tc byliśmy na USG połówkowym wszystko było pięknie, potwierdziliśmy płeć-Dziewczynka, mąż w siódmym niebie-marzył o córeczce tatusia:) Amelka wg USG była o 2 tyg mniejsza niż wg OM. Ale poza tym rozwijała się prawidłowo. Wody płodowe w normie, łożysko 0st dojrzałości, pępowina ok. Wszystko OK. Ruchy czułam od 18tc. Raz mocniej raz słabiej ale czułam. W 27tc wylądowałam w szpitalu z podejrzeniem cukrzycy. Badania,badania, badania...wg lekarzy wszystko z Niunią było ok. Ja miałam postawioną diagnozę: Cukrzyca insulinoniezależna, zalecenia spoczynkowy tryb życia, ograniczenie węglowodanów, badanie cukru raz dziennie. Ja odpoczywałam dużo, cukier badałam po każdym posiłku, trzymałam dietę cukrzycową. Przyszły tak wyczekane święta... 2 dnia dopadło mnie przeziębienie. Leczyłam je czosnkiem, syrropem dla kobiet w ciąży, tantum verde, apapem(raz podskoczyła temp do 38C, za zgodą lekarza brałam apap przez jeden dzień i noc co 6 godz. ) W środę 29.12 byłam na wizycie, weszła ze mną moja przyjaciółka- Hubert czekał w poczekalni, powiedział, że nie będzie wchodził bo za 3 tyg i tak zobaczy to samo więc niech Ola wejdzie. Po przeziębieniu praktycznie został tylko katar. Malutką oglądałyśmy długo. Chciałyśmy mieć pewność, że po przeziębieniu wszystko jest ok. Było ok. Widziałam jak Amelka łykała wody płodowe, jak pchała kciuka do buzi, jak dostała czkawki. Termin wg USG 12.03, wg OM 28.02. Ale tak było w sumie od samego początku ciąży więc nie budziło to żadnych obaw. Po tym badaniu nareszcie uwierzyłam, że będzie dobrze, że już niedługo będziemy tulić Amelkę... Nawet nie podejrzewałam, że tak szybko.... reszta opowieści to kopia z tematu " Pożegnania"- nie jestem w stanie opisać tego jeszcze raz....Wieczorem mąż pojechał do pracy... czułam jak  Amelka wtula się w  przyłożoną do brzuszka dłoń, byłam taka szczęśliwa,  miłość przepełniała  całe moje serce...

04.01 obudziłam się ok 9,  położyłam się na plecach i czekałam na  codzienne wygłupy, cisza...  zaczepiałam, przykładałam dłoń...cisza...  zamiast paniki spokój  obudziłam męża, zadzwoniłam do lekarki, że  będziemy za 15 min w szpitalu  bo nie czuję ruchów... poszliśmy od razu  na patologię ciąży, tam położna  zbadała tętno... przyłożyła głowicę i  mówi " słyszy Pani jest tętno,  maleńka spała" ale ja wiem swoje wiem,  że Amelka śpi i już nigdy się nie  obudzi... lekarka zabiera mnie na  USG, patrzy i patrzy w ten monitor  szuka... widziałyśmy się 5 dni  wcześniej wszystko było wzorowo...kiwa  głową, przychodzi inna lekarka i  padają słowa " nie ma"... lekarka każe  poprosić męża... wchodzi na  salę i już wie... dzwonię do mamy  mówię"mamuś nie ma Amelki, moje  serduszko umarło"... pytam  DLACZEGO...ale nie uzyskuje odpowiedzi...  dostajemy oddzielną salę,  jeszcze badanie ginekologiczne, jest mi  wszystko jedno... okazuje się,  ze rozwarcie jest na 1cm dostaję leki na  przyśpieszenie rozwarcia jest  godz 15:00... jeszcze relanium... mam po  nim usnąć... nie usypiam...  płaczę, krzyczę, dotykam brzucha... czekam  i znowu cisza...

17:00  kolejne badanie... rozwarcie na 1,5 cm kolejna dawka leku...  płaczę  mówię, że nie chcę, lekarka mówi, że im szybciej urodzę tym   lepiej...chodzi o moje życie... pierwsza myśl- jakie życie?! nie chcę   żyć!! po chwili przed oczami mam obraz męża i myślę chcę żyć... mam dla   kogo...

mama jedzie do domu, gotuje dla nas zupę, żebym miała siłę,  cały czas  powtarza jak bardzo mnie kocha, jak bardzo jest ze mnie dumna,  że dam  radę... zostajemy sami... leżymy... rozmawiamy głaszczemy  brzuch...  mówimy, że damy radę... zaczynamy spacerować...kiedy idziemy  korytarzem  rozmowy na salach milką, dziewczyny trzymają się za brzuchy i  patrzą  na nas jak na trędowatych... rozumiem...boja się... i dziękują  Bogu, że  to nie ich iskierka zgasła...

przyjeżdża mama z moją  chrzestną, płacz zalewa mi oczy... serce pęka,  świadomość, że muszę  walczyć żeby urodzić, bo przecież chcę żyć...  prysznic... skurcze co 3  min, trwają 3 min... mąż jest przerażony ale  cały czas przy mnie...

22:00 przychodzi lekarka kolejne badanie, jest postęp... i znowu prysznic i spacer po sali... już nie chcę iść korytarzem...

około  24 mama z ciocią jadą do domu, lekarka twierdzi, że i tak nie  urodzę do  czwartku(to był wtorek)... obiecują, że będą z samego rana...

skurcze  nadal są silne...około 1 kolejne badanie jest około 2cm...  lekarka każe  podać mi dolargen.. mówi, że skurcze się wyciszą, że muszę  się  przespać... bo potrzebuję siły...proszę ją, żeby była przy mnie  przy  porodzie, przecież przez półtora roku razem z nami walczyła o  ciążę,  przez wszystkie miesiące prowadziła ciążę...nic nie  odpowiedziała na  moje błagania...podała ten zastrzyk... wróciłam na  salę zapłakana,  roztrzęsiona, położyłam się do łóżka wtuliłam w męża on  tulił mnie i  nucił cichutko do ucha, szeptał jak bardzo mnie kocha, że  jest przy  mnie, że damy radę...usnęłam... ale zrywałam się co chwilę,  skurcze  ucichły...

05.01- około 6 wpadłam w szał, płakałam na cały głos,  pytałam  dlaczego... nadal czekałam a cud, że może jednak, że może Amelka   żyje... dawka relanium... i znowu czuje się jak w amoku... jak w   koszmarze...

8:00- obchód, moja lekarka zabiera mnie na badanie,  nadal 2cm ale  szyjka już zgładzona... decyzja o podaniu oksytocyny... i  tyle  widziałam moją lekarkę, kobietę której ufałam, której oddałam swoje   zdrowie i życie...

9:00 przenieśli nas na inna salę, większą  jaśniejszą położne mówią, że  bardziej przyjazną...przyjeżdża mama z  ciocią, mąż jedzie do domu  wykąpać się, przebrać...

10:30 robimy  zapis skurczy- cisza... lekarka(człowiek o złotym  sercu)  która poznałam  dopiero w szpitalu robi mi badanie- rozwarcie na 3cm...

11:20  wracam na salę położna mówi jeszcze tylko kilka godzin i będzie  po  wszystkim...proszę lekarkę, żeby coś zrobiła, że psychicznie nie  daje  już rady... zwiększa szybkość kapania kroplówki... 11:30 pęka  pęcherz  płodowy, odchodzą wody, mama słabnie ciocia idzie ze mną na  porodówkę,  badanie 3,5 cm... jeszcze długa droga przed panią- mówi  położna... ból  staje się nie do wytrzymania...lekarz nie reaguje na  moja prośbę o leki  przeciwbólowe... przychodzi lekarka która obiecała  przy mnie być... bada  mówi już jest 7cm... wychodzi po wodę dla mnie...  czuję że muszę  przeć... ciocia woła pana dr który mówi że przecież  przed chwilką byłam  badana, że jeszcze nie pora, ale łaskawie mnie bada  i mówi że jest pełne  rozwarcie... dwa parte i jest Amelka...godz 11:50  waga 1500g, 45 cm...  czekam na krzyk...na płacz... i znowu ta potworna  cisza... dostałam moja  maleńka na ręce...przytuliłam mój skarb do  serca...tak doskonale  pasowała do moich ramion... wyglądała jakby  spała... lekarka głaszcze  mnie po głowie... i mówi urodziła pani  aniołka... Amelka była  idealna...piękna i taka malutka... nie była  owinięta pępowiną... nie  było też pętli na pępowinie... tylko Bóg wie  co się stało...wycałowałam  moją córeczkę...nosek...czółko...paluszki...  wszyscy płakali... byłam  zaskoczona, jak wszyscy z szacunkiem odnosili  się do mojej córeczki...  moja mama płakała...i to ona wzięła ode mnie  Amelcię i nie odstępowała  jej na krok...przyjechał Hubert zapłakany...  załamany...przepraszał, że  nie zdążył, że nie było go przy mnie... po  dwóch godz poszliśmy razem  pożegnać maleńką, wtedy po raz pierwszy widziałam jak Hubertowi pękło serce, na moich oczach jego serce rozsypało się na milion kawałeczków...i zabrał ją patolog...  później mam lukę w pamięci...  ból serca był tak ogromny, że nie jestem w  stanie go opisać...

sekcja  nie wykazała wad rozwojowych... nie wiemy czemu Amelka  odeszła... czemu  zamiast w moich ramionach jest w ramionach Boga?!

07.01 o godz  14:00 pożegnaliśmy Nasz skarb... Żyję dzięki mojemu  ukochanemu  mężczyźnie, On daje mi siłę …. Pozostaje pytanie dlaczego?!!  Przecież  tak czekaliśmy, tak bardzo ją kochamy… Tęsknię… Kocham…

Jutro miną 2m-ce od śmierci Amelki, a ja nie umiem się z tym pogodzić... Tak strasznie za nią tęsknię tak bardzo, że serce pęka... nic nie przynosi ukojenia...

Przepraszam, że tak bardzo się rozpisałam...


Do góry